Witold Gawalski - absolwent szkoły w Żyrowicach - historia życia

Nic tak nie cieszy autora artykułów, jak to, że są czytane, i że tworzy się ciąg dalszy. Są kolejne fakty, nowe zdjęcia i dokumenty.
Na artykuły umieszczone na stronie Technikum Leśnego w Białowieży trafiła pani Ewa Bodzioch, córka Witolda Gawalskiego – absolwenta z 1936 r. Państwowej Średniej Szkoły Rolniczo-Leśnej w Żyrowicach. Dzięki pani Ewie, która przysłała dokumenty, zdjęcia, uzupełniła, sprostowała informacje zamieszczone przez St. Morawskiego w „Księdze pamiątkowej…” możemy poznać historię życia absolwenta żyrowickiej szkoły, leśnika, patrioty, który został zamordowany podczas II wojny światowej.

Pani Ewa stwierdziła:  Wprawdzie urodziłam się kilka miesięcy po śmierci ojca, ale wiele informacji dowiedziałam się od mamy, rodziny i sama zdołałam odnaleźć ludzi w Pilczycy, którzy znali mojego ojca.

Witold Józef Gawalski, syn Władysława i Stanisławy, ur. 29.III.1912 r. w Berlinie zdobywanie zawodu leśnika rozpoczął na Wydziale leśnym w szkole w Białokrynicy, a do Żyrowic przeniósł się po ukończeniu II kursu 15 września 1935.

Jak wspomina wychowawca St. Morawski: W początkach roku szkolnego znalazł się niepostrzeżenie i szybko dał się wchłonąć przez nowe środowisko. Zachowanie jego, zarówno w uczelni, jak i w internacie, nikomu nie przysporzyło kłopotów, a w nauce wkrótce znalazł się w pierwszej dziesiątce kolegów swej klasy. Wyróżniał się żywą inteligencją, szybkim refleksem i dużą łatwością wysławiania. Czynił przy tym wrażenie zamkniętego w sobie, skrytego i chyba nie zdążył nawiązać z rówieśnikami trwalszej przyjaźni. Egzamin ogólny poszedł mu gładko, po czym odjechał na zapewniona wcześniej praktykę leśną.

Zdjęcia z okresu szkolnego - z Białokrynicy i Żyrowic. Nie ma pewności skąd są poszczególne zdjęcia. Może ktoś rozpozna?

{morfeo 361}

Witold Gawalski podjął pracę na kielecczyźnie, w majątku Tarnowskich. Z zachowanych w rodzinie dokumentów wynika, że był leśniczym w Nadleśnictwie Rogów.
Leśniczówka „Smolarnia” była położona tuż przy ruchliwej, niedawno wybudowanej przez okupanta szosie Końskie - Skarżysko Kamienna, w odległości dwóch kilometrów od Piły – siedziby Zarządu Leśnego.

Latem 1940r. pan Stanisław Morawski przeprowadził się na teren powiatu koneckiego i został zatrudniony w charakterze adiunkta w zarządzie dawnych prywatnych lasów Końskie Wielkie. Spotkali się więc uczeń i wychowawca. Pan Gawalski nie był jedynym Żyrowiakiem pracującym na tym terenie. 
Pan Morawski zapisał:
Niezwykle krzepiącym trafem w tamtych posępnych czasach stało się dla mnie niespodziane spotkanie z dwoma Żyrowiakami – leśniczymi tych lasów. Jednym z nich był Zenon Skarżyński, leśniczy leśnictwa Modliszewice, drugim Witold Gawalski - leśniczy leśnictwa Rogów.[…]
Obaj w sprawach zawodowo - służbowych stali na wysokości ówczesnych wymagań stanu i jak większość polskich leśników poczuwali się do obowiązku oszczędzania przed okupantem co lepszych drzewostanów, zatrudnienia ponad potrzeby większej liczby ludzi, by ratować ich przed wywozem na roboty przymusowe do Reichu, niesienia pomocy wszystkim tym, którzy doświadczyli różnych utrapień wojny. Na obydwóch, poza normalnymi funkcjami leśniczych, ciążyły z ramienia Zarządu Leśnego dodatkowe obowiązki utrzymania kontaktów z władzami okupacyjnymi: Zenon Skarżyński w sprawach łowieckich, Witold Gawalski – w roli tłumacza. Obaj wywiązywali się z tych obowiązków z pożytkiem dla lasów i polskich interesów.

Potwierdza to córka pisząc: Ojciec faktycznie biegle znał niemiecki ponieważ urodził się w Berlinie i pierwsze lata swojego dzieciństwa spędził w Berlinie. M.in. edukację rozpoczął w niemieckiej szkole.

{morfeo 362}

W. Gawalski był aktywnym członkiem polskiej organizacji podziemnej, współdziałającej z AK. Pełnił funkcję „skrzynki kontaktowej”, zajmował się wywiadem (rozpoznaniem) – jak twierdził jeden z mieszkańców Radoszyc – Pan Michał Zieliński. Słuchał radia i pośredniczył w rozprowadzaniu prasy podziemnej.

St. Morawski wspomina: W kontaktach ze mną ograniczał się do krótkich kategorycznych uwag, potwierdzających lub zaprzeczających wiadomościom o sytuacji na Wschodzie lub Zachodzie, ale też „nie miał czasu” na dłuższe związane z tym rozmowy. Tylko od czasu do czasu podrzucał mi pliki podziemnej prasy, ale też nie pamiętam, by je dawał z ręki do ręki, tylko „bibułę” odkrywałem w pozostawionych dla mnie wykazach odbiorczych lub innych podobnych sprawozdaniach służbowych.

Pani Ewa wyjaśniła: O kontaktach ojca z partyzantką kielecką niewiele wiedziałam, bo mama rzadko o tym wspominała. Owszem – mówiło się o pomocy udzielanej partyzantom (np. dostarczanie prowiantu, ale nie wiedziałam o czynnym zaangażowaniu ojca w walce podziemnej z Niemcami. Z protokołu spisanego na okoliczność jego śmierci wynikało, że przewoził meldunek dla AK, ale dopiero w 2003 r. udało mi się nawiązać kontakt z ludźmi z powiatu koneckiego, którzy pamiętali ojca i potwierdzili jego działalność w ruchu oporu.

Sąsiadujące ze sobą leśnictwa Rogów i Izabelów stanowiły rozległy kompleks lasów i stały się schronieniem dla licznych zbiegów miedzy innymi z getta koneckiego. Służba leśna obu leśnictw udzielała im pomocy, pośrednicząc w przekazywaniu żywności i ciepłej odzieży

Pani Ewa uzupełnia: Znany jest mi z opowiadań mamy przypadek udzielania Żydom schronienia i pomocy przez mojego ojca, ale raczej był to incydentalny przypadek. Z tego co mama opowiadała, w czasie takiego ukrywania uciekinierów z getta, na leśniczówce była kontrola niemieckiej żandarmerii i po tym incydencie ojciec przekazał przechowywane osoby innym wolontariuszom, gdyż ukrywanie zbiegów z getta na leśniczówce było zbyt ryzykowne przez wzgląd na częste wizyty Niemców.

Od jesieni 1942 r. Witold Gawalski zamieszkał w leśniczówce Ruda Pilczycka. Z informacji od wspomnianego Pana Michała Zielińskiego z Radoszyc dowiedziałam się, że objął posadę w Rudzie Pilczyckiej, po tym jak poprzedniego leśniczego (volksdeutcha) zastrzelili partyzanci z NSZ albo AK – wyjaśnia Pani Ewa.

St. Morawski zanotował: Najczęściej poruszał się rowerem, ale niekiedy widywano go w Końskich jadącego małą bryczką. Z tym to obrazkiem kojarzy mi się postać mężczyzny przed trzydziestką, przeważnie gdzieś spieszącego się, w rozmowie zawsze rzeczowego, uważnie skupionego, czujnego. To jego czujna postawa pozwalała wróżyć mu względnie pomyślne dokończenie końca okupacji i wojny. Stało się jednak inaczej. Spadło to nagle, jak grom z jasnego nieba. Jak zwykła spadać w noc okupacyjną tylko śmierć. Wszystkich, którzy go znali przeraziła, wstrząsnęła, wprawiła w głęboką zadumę nad zwodniczością pozorów i kruchością ludzkiego losu…

{morfeo 363}

3 września 1944 r. W. Gawalski wybrał się swoją bryczką w okolice Radoszyc, odległej od miejsca zamieszkania o ok. 10 km.

W książce „Wspomnienia „Szarego” Antoni Heda-Szary opisał tragiczne dla mieszkańców Radoszyc wydarzenia z 2 i 3 września 1944 roku.
W dniu 2 września 1944 r. w godzinach popołudniowych wywiązała się walka w Grodzisku i w Radoszycach pomiędzy partyzantami polskimi a żołnierzami niemieckimi. Podpalona przez Niemców spłonęła wieś Grodzisko i część zabudowań na Plebanim Polu w Radoszycach. W zaciętej walce w pobliżu figurki Matki Boskiej w Antoniowie pod Radoszycami partyzanci komendanta „Szarego” zabili 28 niemieckich żandarmów, prawie samych oficerów. Po naszej stronie polegli dwaj młodzi partyzanci.

Cytat z książki.: „...zaraz następnego dnia (3 września) Niemcy postanowili pomścić swoją klęskę radoszycką. Z samego rana Radoszyce zostały opasane pierścieniem żandarmerii, wojska i dzikich Mongołów. Część żandarmów wkroczyła do miasteczka, spędziła ludność na rynek i ze wszystkich stron podpaliła tę prastarą polską miejscowość. Do bezbronnej i wystraszonej ludności rozwścieczeni żandarmi zaczęli strzelać. Widok ten wołał o pomstę do nieba. Zbita w gromadę ludność rozpaczliwie zaczęła wzywać pomocy. Bóg wysłuchał gorącej prośby bezbronnych, albowiem od strony cmentarza niespodziewanie zagrały partyzanckie erkaemy i bergmany. To „Tarnina” (kpt. Tadeusz Pytlakowski) z II bat. 2 pp Leg. wraz z kompanią por. „Zawiszy” (Kazimierza Olchowiaka) przybył z odsieczą i stoczył walkę z wrogiem. Nieprzyjaciel został rozgromiony, a ludność radoszycka ocalona. Zabrano do niewoli wielu Kałmuków z końmi. Jednak miasteczko wraz z dobytkiem spłonęło. Uratowano tylko sześć domów.”

Dokąd i w jakim celu zmierzał Witold Gawalski 3 września pan St. Morawski nie wiedział. Napisał: Było pewne tylko, że nie zdążył dowiedzieć się, że owego dnia okolice te znalazły się w kotle znacznych sił policji i żandarmerii, ściągniętych tu w celu rozprawienia się z ludnością współdziałającą z partyzantami. Po znalezieniu się w obrębie kotła, jadący został przywołany do zatrzymania się i zejścia z wózka. Poddano go rewizji, po czym potraktowano jako łącznika „bandytów”. Zawiodły legitymacja polskiego leśniczego i głośne protesty w niemieckim języku. Kazano mu udać się w oznaczonym kierunku, a gdy zrobił parę kroków, otrzymał serię z automatu.

Wg protokołu sporządzonego przez Wójta Gminy Pianów 20.07.1946 r., na podstawie zeznań  świadków – gajowych: p. Aleksego Mączyńskiego i Mariana Błońskiego - Witold Gawalski udał się 3 września do Oddziału byłej Armii Polskiej i został zamordowany we wsi Grodzisko, pow. koneckiego przez Gestapo. 4 września byli oni świadkami jak W. Gawalskiego przywieziono do żony (zapewne na leśniczówkę do Rudy Pilczyckiej) i został on pochowany na cmentarzu parafialnym w Pilczycy.

Zdjecie grobu Witolda gawalskiego i kopia zapisu z księgi zgonów z parafii w Pilczycy

{morfeo 364}

Pani Ewa Bodzioch uzupełniła:
Wraz z nim Niemcy zamordowali 4 inne osoby (jedna zbiegła -  według relacji świadka tamtych zdarzeń – Pana Świercza, z którym rozmawiałam w 2003 r.).
Według mojej mamy w tym dniu przybył do leśniczówki w Rudzie Pilczyckiej (gdzie ojciec był przeniesiony z Leśniczówki „Smolarnia”) gajowy Rajmund Szwarc, który prosił mojego ojca o pomoc w ratowaniu mienia, które było zagrożone pożarami w Grodzisku i Radoszycach.
Według relacji wspomnianego Pana Świercza, ojciec do Grodziska wjechał powozem (nie wiemy czy sam czy z kimś; Pani Świercz twierdziła że z jednym Niemcem), a ludzie, których mijał odradzali mu jechanie tam, gdyż w tym czasie trwały walki między partyzantami a Niemcami w rejonie Grodzisko-Radoszyce. Ojciec to zlekceważył, ufając w swój status leśniczego zatrudnionego w administracji niemieckiej. Cytując z Pamięci Panią Świercz – ojciec miał powiedzieć do ludzi, którzy go ostrzegali: „Jestem urzędową osobą i mnie nic nie grozi”. Został zatrzymany w Grodzisku przez gestapo, przesłuchany i wypuszczony, a następnie zawrócono go (po przesłuchaniu tego Niemca, z którym wjechał do Grodziska – wg mojej rodziny) i zamordowano strzałem w tył głowy - tak jak pozostałych czterech ludzi.
Dzień później jego ciało zostało przewiezione do Rudy Pilczyckiej przez Franciszka Gratkowskiego – mojego dziadka, który w tym czasie przebywał w leśniczówce w Rudzie Pilczyckiej. Ojciec miał zrabowane buty, koń od powozu też został zabrany – najprawdopodobniej przez Niemców. Moja mama zawsze twierdziła, że obrabował go ten Niemiec, z którym wjechał do Grodziska.
Z kolei ludzie, z którymi kontaktowałam się w powiecie koneckim, potwierdzają, że w dniu śmierci, do mojego ojca przybył AK-owiec z rozkazem aby przewiózł meldunek. (Być może to był ten gajowy Rajmund Szwarc, ale niekoniecznie).
Według natomiast  relacji właścicielki posesji, gdzie zamordowano mojego ojca, został on złapany i wraz z 4 innymi ludźmi położony na ziemi i zastrzelony strzałem w tył głowy. Ta wersja pasuje do relacji mojej cioci, która twierdziła, że ojciec miał trzy otwory po kulach w głowie.

Żona Witolda Gawalskiego Teodozja z dziećmi (córka Ewa, syn Grzegorz) mieszkała w Rudzie Pilczyckiej do końca wojny. Około 1945/46 r. przeniosła się do Chrzanowa (Małopolska). Na decyzję wpłynęła pani dr Górka - porucznik AK (była lekarzem w Końskich podczas okupacji), której syn ukrywał się u Witolda Gawalskiego 2 miesiące w leśniczówce. 

W 2009 r. mieszkańcy Radoszyc ufundowali Tablicę pamiątkową, na której jest umieszczone nazwisko Witolda Gawalskiego. Tablica stanęła na środku radoszyckiego cmentarza – upamiętniała poległych w walce z okupantem w powiecie koneckim – m.in. w Radoszycach i zamordowanych w Grodzisku.

{morfeo 365}

Wzmianki o Witoldzie Gawalskim znajdują się na serwisie ziemi Pilczyckiej:
http://pilczyca.org/?p=111
http://pilczyca.org/?p=109