Wywiad z Zygmuntem Romatowskim - absolwentem szkoły w Żyrowicach.

Zygmunt Romatowski jest ostatnim żyjącym absolwentem Państwowej Średniej Szkoły Rolniczo – Leśnej w Żyrowicach (rok ukończenia 1938).

Urodził się 16 września 1918 roku w Suwałkach.  Niedługo skończy 94 lata. Jest najstarszym mieszkańcem miejscowości Krzywe koło Suwałk i jednym z nielicznych, którzy rozpoczęli pracę w leśnictwie przed wojną. Całe swoje zawodowe życie związał z ziemią suwalską, a w szczególności z leśnictwem Krzywe w Nadleśnictwie Wigry. Po ukończeniu szkoły w 1938 r. odbywał tam praktykę, a od 1.09.1939 r. rozpoczął pracę i pracował do przejścia na emeryturę – do 31.12.1983 r. W latach 1952 – 1958 oddelegowany był do Rejonu Lasów Państwowych na stanowisko inspektora i zastępcy dyrektora do spraw użytkowania lasu. Po likwidacji rejonów na własną prośbę wrócił do Leśnictwa Krzywe. W zawodzie leśnika przepracował 45 lat. Za całokształt działalności został odznaczony w 2.01.1978 r.  Krzyżem Odrodzenia Polski.

W dniu 18 sierpnia 2012 r. w przemiłej atmosferze stworzonej przez pana Zygmunta i jego córkę Marię Słowikowską mogłam uzupełnić wiedzę poznaną z „Księgi pamiątkowej Żyrowiaków…” o wiadomości przekazane od osoby, która mimo swoich lat doskonale pamięta chwile spędzone w tej wyjątkowej szkole, której, jak powiedział, dużo zawdzięcza.
Wywiad z Żyrowiakiem, dotyczącym nauki zdobywania zawodu leśnika, pozostanie pamiątką – jedną z kartek historii szkolnictwa leśnego w Polsce.

Jest Pan absolwentem Państwowej Średniej Szkole Rolniczo–Leśnej w Żyrowicach. Co wpłynęło na decyzję nauki w tej szkole?

Moja rodzina posiadała gospodarstwo 12 ha. Ojciec był organistą w Parafii św. Aleksandra w Suwałkach. Miałem trójkę rodzeństwa. Mama zmarła jak miałem 4 lata, więc opiekował się nami wuj – brat mamy, który był księdzem w Płońsku. Starszy brat skończył SGGW i był wykładowcą w szkole rolniczej w Ełku. Początkowo również myślałem o rolnictwie i ukończyłem szkołę rolniczą w Niegłosach koło Płocka, która trwała 1 rok.
Był to okres niezbyt łatwy do utrzymania się z pracy w rolnictwie. Ponieważ bardzo lubiłem przyrodę, a w szczególności lasy, a o szkole w Żyrowicach było wtedy głośno, postanowiłem spróbować. W 1935 r. złożyłem podanie na wydział leśny. Trzeba było zdawać egzaminy i to nie łatwe, więc pojechałem. Spóźniłem się, bo przejechałem stację Słonim. Dojechałem do Baranowicz i tam musiałem przenocować. Frekwencja była duża, może około 100 osób. Pamiętam, że z języka polskiego pisałem na temat „Sztandar”. Do szkoły dostałem się, ale bardzo się bałem, że sobie nie poradzę. Na pierwszy okres złapałem 3 dwóje, ale byli tacy co mieli po 9. Nie było łatwo. Dużo odpadło. Do trzeciego roku doszło tylko 28.
Po każdej klasie trzeba było odbywać praktyki wakacyjne. Musieliśmy je sami zorganizować. Prowadziliśmy dzienniczki. Ja praktyki wakacyjne odbywałem w Nadleśnictwie Suwałki. Natomiast roczną praktykę po ukończeniu szkoły odbyłem w Nadleśnictwie Wigry. Moja praca opracowana na egzamin główny, po którego zdaniu otrzymałem tytuł technika leśnictwa była na temat „Pielęgnacja drzewostanów w Nadleśnictwie  Wigry”.
Miałem to szczęście, że mogłem wybrać leśnictwo Krzywe i zacząć pracę jako manipulant leśny, a później od listopada 1939 r. być zatrudnionym na stanowisku leśniczego.

Jak wyglądał rozkład dnia pobytu w szkole?

Mieszkaliśmy w internacie – I rocznik na trzecim piętrze, a II i III na drugim. Pokoje były różnej wielkości, najmniejsze miał  III rocznik – 4–osobowe. Mieszkałem z A. Troniną. W pokojach łóżka z siennikami, szafa, stół. Przywoziliśmy swoją pościel -  poduszki, kołdry. Mieliśmy trzy posiłki główne i dodatkowo bułkę na II śniadanie. Na ogół posiłki były wystarczające, czasami dokupowałem jajecznicę. Uczniowie I roku siedzieli przy wspólnym, dużym stole. Starsze roczniki miały mniejsze stoliki. Sprzątaliśmy sami. Po śniadaniu – 5, 6 lekcji, obiad i później 2, 3 godz. pracy w lesie szkolnym „Wiknia”. Obszar lasu – tak jak mi się kojarzy – około 100 ha. Był on z przewagą świerka. Wykonywaliśmy tam wszystkie prace. Ubrań roboczych nie otrzymywaliśmy, tylko szkoła zabezpieczała sprzęt do prac.
Obowiązywała także nauka własna „silencium”. My już uczyliśmy się we własnych pokojach. Wieczorem codziennie była wspólna modlitwa ze śpiewem „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Od 22 godz. cisza nocna. Dyżury pełnili nauczyciele, codziennie ktoś inny.

Czy zachodziła potrzeba dyscyplinowania młodzieży?

Uczniowie byli w bardzo różnym wieku. Byli tacy co mieli lat 16, jak i 24. Ja miałem 17 lat, gdy zdałem do szkoły. Jak to młodzi ludzie. Ale nie przypominam sobie, żeby ktoś został usunięty ze szkoły. Owszem, były kary zawieszenia w obowiązkach ucznia. Nie było jednak w zwyczaju wzywania rodziców, czy robienia wywiadówek. Musieliśmy być bardzo samodzielni. Oceny po każdym semestrze, a było ich trzy, wysyłane były do domu. Pamiętam też, że gdy byłem chory, lekarz szkolny powiadomił o tym rodzinę.
Zresztą, nie mieliśmy zbytnio czasu wolnego, a wyjścia z internatu były tylko za sprawą przepustek na określony czas. Nie można się było spóźniać, bo przez kilka tygodni był wtedy zakaz wychodzenia.

Jak często wyjeżdżano do domu? Co robiono w czasie wolnym?

Uczniowie pochodzili z różnych stron Polski, nieraz z bardzo odległych. Zależało też, czy mieli pieniądze. Bywało, że nie wyjeżdżali wcale, nawet zostawali na święta w szkole, a ferii zimowych też nie było. Ja mogłem pozwolić sobie na wyjazdy. Do Słonima jeździłem pociągiem, a później około 10 km pieszo lub furmanką, tak jak wszyscy. 
Czas wolny? Za dużo go nie było – w sobotę po wykładach i niedzielę po mszy św., na którą mieliśmy obowiązek chodzić wszyscy razem z nauczycielami. Śpiewał tam w szkolnym kościółku nasz chór.  Co robiliśmy? Niektórzy jeździli do Słonima, inni grali w tenisa, w ping–ponga i to nawet wspólnie z nauczycielami. Były też prace w ogrodzie szkolnym, w pasiece, w sadach, stawach rybnym. Każdy z nas miał wyznaczony teren i obowiązki.

Na co kładziono nacisk w wychowaniu młodzieży?

Przede wszystkim na solidnym wykonywaniu zleconych zadań. Dokładność, rzetelność prac – szczególnie tych związanych z zawodem. Nauczyciele dawali dobry przykład, więc wychowanie było bardzo naturalne. Atmosfera była rzeczywiście wyjątkowa, a nie jest łatwo to zrobić. Tej szkole to się udało i nigdy nie żałowałem, że tam się uczyłem. I oczywiście wychowanie w duchu patriotyzmu, poszanowania dla tradycji, dla sztandaru. 

Jak wyglądały kontakty z młodzieżą z innych szkół?

Do tradycji należały zabawy karnawałowe, na które zapraszane były dziewczęta ze szkół ze Słonima. Nie mieliśmy swoich dziewcząt. Nie ma ani jednej absolwentki szkoły – kobiety. Aula szkolna była zawsze przyozdabiana – każdy rocznik według własnego pomysłu. Ja chociaż interesowałem się dziewczętami to tańczyć się nie nauczyłem.

Co lub kogo Pan najbardziej zapamiętał z pobytu w Żyrowicach?

Miałem wielki szacunek do profesora Stanisława Morawskiego. Wspaniale uczył hodowli lasu. Zwracał uwagę czy ktoś rozumie przedmiot, czy ma wiadomości wykute na pamięć – było to dla niego bardzo ważne i tego przestrzegał. Odpowiednio też oceniał. Lubiłem z nim zajęcia i umiałem. Pomogła mi w tym trochę ukończona przez mnie szkoła rolnicza. Jak na początku otrzymałem 4, to miałem ją do końca nauki. Cieszę się, że Technikum Leśne w Brynku nosi imię Stanisława Morawskiego.

Czy po wojnie spotykał się Pan z kolegami ze szkoły?

Największym moim przyjacielem był Antoni Tronina i z nim stale utrzymywałem kontakt. Uczestniczyłem także w zjazdach Żyrowiaków. W Białowieży byłem na pewno w 1984 r. i w 1991 r., gdy przekazywaliśmy pod opiekę parafii w Białowieży i młodzieży szkolnej nasz odzyskany żyrowicki sztandar. Sam też zorganizowałem spotkania na ziemi suwalskiej. W 1970 r. chciałem przybliżyć piękno tego regionu moim wychowawcom i kolegom. Udało się. Na zjeździe w 1986 r. poświeconym odsłonięciu pomnika w Upustku Juliana Wierzbickiego „Romana” (abs. 1935 r.) pełniłem również rolę gospodarza i przewodnika. Jednak w Żyrowicach nie byłem, chociaż moi koledzy zorganizowali wycieczkę i wtedy odnaleziono sztandar.

Co przekazałby Pan młodym leśnikom – uczniom szkól leśnych?

Aby starali się również tworzyć atmosferę swoich szkół, a w każdej może być inaczej. Ważne, aby chcieli do nich wracać, zarówno pamięcią jak też odwiedzać. Młodzi uczniowie powinni docenić jakiego zawodu się uczą, jak ważna będzie ich praca. Niech więc wykorzystają ten dany im czas nauki na poznanie lasu, na zbieranie zielników, preparowanie owadów. Niech nauczą się odpowiedzialności, aby w przyszłej pracy nie musieli usuwać skutków swoich przeoczeń. Wszystkiego najlepszego im życzę. DARZ BÓR.

Dziękuję za rozmowę. Życzę Panu przede wszystkim zdrowia, ale również jeszcze wielu spotkań i wzruszeń. DARZ BÓR.

Pan Zygmunt Romatowski bardzo ucieszył się ze spotkania i rozmowy na temat swoich młodych lat szkolnych. Oglądałam zdjęcia – pamiątki, które otrzymałam do wykorzystania. Pan Zygmunt podarował mi również 2 tomy „Księgi pamiątkowej Żyrowiaków…” z autografem – pozycji, która nie jest osiągalna, a która jest skarbnicą wiedzy na temat tej kresowej szkoły kształcącej leśników, znanej w całej Polsce z wysokiego poziomu nauczania w okresie międzywojennym.
Byłam pod wrażeniem ciepła, humoru i wiedzy pana Zygmunta. Rozmowa nasza najpierw skupiła się wokół spraw szkoły w Żyrowicach, ale pan Zygmunt opowiadał później również o swojej pracy w leśnictwie Krzywe, o ludziach, których spotkał w życiu, o ks. Romualdzie Jałbrzykowskim, jednym z pierwszych ofiar zbrodni hitlerowskich na terenie ziemi suwalskiej, a z którym był Pan Zygmunt bardzo związany. Było to spotkanie, które zostanie na długo w mojej pamięci.

Rozmawiała: Anna Kulbacka
18.08.2012 r. Krzywe

Wywiad został wydrukowany w "Lesie Polskim" nr 20 rok 2012